Odpowiedź na interpelację w sprawie metod informowania społeczeństwa o zagadnieniach integracji Polski z UE
Szanowny Panie Pośle! Szczerze ubolewam, że moja odpowiedź na pańską interpelację z 18 kwietnia br. nie w pełni pana zadowoliła, mimo iż starałem się w sposób maksymalnie wyczerpujący wyjaśnić stanowisko rządu w sprawach przez pana posła poruszanych.
W drugim piśmie, z 29 maja br., stawia pan poseł kilkanaście pytań, z których większość w moim przekonaniu nie ma bezpośredniego związku z wyjaśnieniami zawartymi w mojej odpowiedzi na pańską interpelację. Przykładem jest pańska ocena układu poczdamskiego jako umowy wykonawczej do porozumienia z Jałty (pyt. 1), czy też pański pogląd na zjednoczenie Niemiec (pyt. 2), jak również interpretacja przyczyn kryzysu ekonomicznego na obszarze b. NRD (pyt. 7). Podobnie jest z pańską oceną całego procesu prywatyzacji w naszym kraju od roku 1990 (pyt. 8). Pozwoli zatem pan poseł, że jako pełnomocnik rządu ds. informacji europejskiej nie będę podejmował dyskusji i polemiki na te tematy, ponieważ nie należy to do moich zadań.
Nie podzielam również pańskiego poglądu, iż istnieje analogia między sytuacją geopolityczną Polski i Izraela, co powinno nas skłonić do rezygnacji z członkostwa w Unii Europejskiej na rzecz utrzymania jedynie stowarzyszenia z UE. Nie sądzę także, aby potrzebne było renegocjowanie układu stowarzyszeniowego między Polską a Unią Europejską (pyt. 3).
Pisząc w odpowiedzi na pańską interpelację, że Unia Europejska liczyła początkowo tylko 6 państw, posłużyłem się powszechnie stosowanym i akceptowanym skrótem myślowym, iż UE, formalnie powołana na podstawie traktatu z Maastricht, jest oczywistą kontynuacją utworzonej przez 6 państw w roku 1957 Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. We wszystkich opracowaniach na temat Unii Europejskiej używa się tego skrótu myślowego i dotychczas nikt przeciwko temu nie protestował. Na przykład na oficjalnych stronach internetowych UE (www.europa.eu.int) stwierdza się m.in., że pierwsze rozszerzenie Unii Europejskiej nastąpiło w roku 1973, gdy przystąpiły do niej Dania, Irlandia i Wielka Brytania.
Oczywiście decyzje strategiczne podejmuje w UE Rada Europejska i dlatego uznaje się ją za najwyższy organ w hierarchii instytucji unijnych, jednak - jak panu posłowi wiadomo - zbiera się ona raz lub najwyżej dwa razy na pół roku. Na co dzień decyzje mające wpływ na funkcjonowanie Unii podejmuje Rada UE, dlatego użyłem sformułowania, że jest to najważniejszy organ decyzyjny.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że uznanie przez pana posła za konieczne polemizowania z obu użytymi przeze mnie sformułowaniami w odniesieniu do Unii Europejskiej i Rady UE (pyt. 4) jest doszukiwaniem się błędów tam, gdzie ich nie ma, i zostało podyktowane niepotrzebną uszczypliwością.
W odpowiedzi na pytanie nr 5 podtrzymuję pogląd, że przystępując do Unii Europejskiej, Polska pozostanie suwerennym państwem, mimo że część kompetencji w zakresie tworzenia prawa przekaże organom UE. Na poparcie tej tezy przytoczyłem opinię tak wybitnego autorytetu w dziedzinie prawa konstytucyjnego jak prof. Marka Safjana, prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli pan poseł ma odmienne zdanie w tej sprawie, to każdy z nas pozostanie przy swoich poglądach.
Rząd nie ukrywa przed nikim, że zawarty w grudniu 2000 r. traktat nicejski jest w trakcie ratyfikacji przez państwa członkowskie UE i to, czy wejdzie on w życie, zależy od wyniku referendum w Irlandii (pyt. 6). Każdy w naszym kraju, kto wykazuje zainteresowanie tym zagadnieniem, zapewne jest tego świadom, bo polskie media poświęcają tej sprawie wiele uwagi. Traktat nicejski reguluje m.in. kwestie instytucjonalne po rozszerzeniu Unii Europejskiej o obecnych 12 krajów kandydujących. Zapisano w nim, ilu wówczas będzie deputowanych z każdego kraju członkowskiego w Parlamencie Europejskim i ile głosów będzie miało każde państwo w Radzie UE. Ta wizja funkcjonowania Unii Europejskiej po jej rozszerzeniu musiała powstać, bo obecnie obowiązujące rozwiązania instytucjonalne zostały przygotowane z myślą o Unii liczącej tylko 15 państw członkowskich, a nie 27. Gdyby Irlandczycy odrzucili w referendum traktat z Nicei, to w jego miejsce będzie musiał prawdopodobnie powstać inny akt regulujący funkcjonowanie UE po rozszerzeniu o obecne kraje kandydujące. Nie ma podstaw do przypuszczeń, że zmieniono by w nim ustalenia instytucjonalne przyjęte w Nicei.
W odpowiedzi na pytanie nr 9 pozwolę sobie ponownie przypomnieć panu posłowi, że w rokowaniach z UE polski rząd wynegocjował 12-letni okres przejściowy na zakup ziemi rolnej i leśnej po naszym wstąpieniu do Unii. Oznacza to, iż przez 12 lat będą obowiązywały obecne przepisy, zgodnie z którymi na każdą transakcję sprzedaży takiej ziemi cudzoziemcowi musi wyrazić zgodę minister spraw wewnętrznych i administracji w porozumieniu z ministrem rolnictwa. Poza tym Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, która zarządza majątkiem po byłych PGR, nie będzie miała obowiązku sprzedaży tej ziemi komukolwiek. Wszystko będzie zależeć od polityki w tej dziedzinie, jaką po upływie okresu przejściowego uzna za stosowne prowadzić państwo polskie.
Nie odpowiada prawdzie pańskie przypuszczenie, że po przystąpieniu naszego kraju do UE mieszkający i gospodarujący w Polsce rolnicy z innych krajów Unii (eurofarmerzy, jak ich pan poseł nazywa) będą otrzymywać tzw. płatności (dopłaty) bezpośrednie na innym poziomie niż polscy rolnicy (pyt. 10). Nie ma żadnej wątpliwości, że wszyscy rolnicy w naszym kraju, bez względu na narodowość, będą otrzymywać płatności bezpośrednie na jednolitym poziomie, bez względu na to, ile on będzie wynosił.
Nie widzę przeszkód, aby te organizacje pozarządowe, które uważają, iż Polska powinna ułożyć sobie stosunki z UE w inny sposób, nie wstępując do niej, publicznie o tym informowały (pyt. 11). W naszym kraju panuje wolność słowa i każdy może publicznie prezentować swoje poglądy, o ile nie narusza prawa.
W odpowiedzi na pytanie nr 12 wyjaśniam, iż rząd premiera Leszka Millera uważa, iż tylko przystąpienie do Unii Europejskiej stworzy Polsce możliwość przyspieszenia rozwoju ekonomicznego i stopniowego niwelowania różnic m.in. w poziomie PKB per capita i Human Development Index wobec chociażby takich krajów jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia. Rezygnacja z przystąpienia do Unii oznaczałaby pozbawienie się tej szansy. Gdyby poza Polską większość lub wszystkie kraje kandydujące z Europy Środkowej i Wschodniej wstąpiły do UE, to nasz kraj automatycznie skazałby się na marginalizację. Dlatego obecny rząd koalicji SLD-UP-PSL uważa integrację Polski z UE za swoje główne zadanie w sferze międzynarodowej. Druga część rządowej kampanii informacyjnej przed referendum, w którym społeczeństwo ma się wypowiedzieć, czy jest za lub przeciw członkostwu w Unii, będzie właśnie skoncentrowana na ukazaniu perspektyw i szans, jakie otworzy przed naszym krajem integracja z UE.
Nie sądzę natomiast, aby w obecnych warunkach można było realnie myśleć o powstaniu jakiegoś międzynarodowego systemu pomocy (na wzór planu Marshalla), który pozwoliłby naszemu krajowi osiągnąć te cele ekonomiczne i społeczne, do jakich zamierza dojść dzięki integracji w ramach Unii Europejskiej. Pozwolę sobie przypomnieć panu posłowi, że Europejska Wspólnota Węgla i Stali, którą utworzono w roku 1951 i która była instytucjonalnym zalążkiem integracji europejskiej, zrodziła się niemal nazajutrz po tym, jak Stany Zjednoczone przyszły zachodniej Europie z pomocą gospodarczą w ramach planu Marshalla. Okazało się bowiem, że skala problemów ekonomicznych, z którymi wyniszczone wojną kraje tej części naszego kontynentu musiały się uporać, znacznie przekraczała możliwości finansowe oferowane przez Amerykę w ramach tego planu. Ponadto, i to wydaje się ważniejsze także z dzisiejszej perspektywy, sześć krajów zachodniej Europy, które wówczas zdecydowały się zrobić pierwszy krok na drodze do integracji, kierowało się szerszymi i głębszymi przesłankami niż wyłącznie dążeniem do przyspieszenia rozwoju gospodarczego. Integracja miała być i okazała się panaceum na konflikty i wojny na naszym kontynencie, stała się skutecznym mechanizmem zapewnienia harmonijnej koegzystencji zwaśnionych przedtem narodów i krajów. I o tym w naszej polskiej debacie nad członkostwem w Unii Europejskiej nie możemy zapominać.
W odpowiedzi na pytanie nr 13 wyjaśniam, że rząd nie jest dysponentem publicznych mediów i nie może decydować o tym, kto i na jakich zasadach oraz w jakim celu z nich korzysta. Co do dyskusji o różnych drogach rozwoju Polski, której zainicjonowanie pan poseł postuluje, to moim zdaniem taka dyskusja jest już od wielu lat prowadzona przy okazji kampanii przed wyborami do parlamentu, na urząd prezydenta czy do władz szczebla lokalnego. Sprawa członkostwa naszego kraju w Unii Europejskiej była przecież jednym z najważniejszych tematów kampanii przed wyborami do Sejmu obecnej kadencji.
Nie odpowiada prawdzie pańska teza, że kraje - jak pan to określa - opóźnione w rozwoju nie skorzystały na wstąpieniu do Unii Europejskiej i wyjątkiem w tej dziedzinie jest tylko Irlandia, bo jest ˝krajem mniejszym od Hongkongu˝ (pyt. 14). Gdyby pan poseł zapytał przeciętnego Greka, Hiszpana czy Portugalczyka, czy z perspektywy tych kilkunastu lat (w przypadku Grecji ponad dwudziestu) uważa, iż przystąpienie jego kraju do UE było korzystne, odpowiedź z pewnością byłaby pozytywna. Świadczą o tym regularnie przeprowadzane w tych krajach sondaże opinii publicznej. Obiektywnym potwierdzeniem tych opinii są także wskaźniki rozwoju ekonomicznego i społecznego, zapewne dobrze znane panu posłowi. Zatem przykład mającej 3,8 mln ludności Irlandii nie jest wcale wyjątkowy, bo także pozostałe kraje słabiej rozwinięte - licząca 40 mln mieszkańców Hiszpania, po 10 mln Grecja i Portugalia - bardzo skorzystały na integracji w ramach Unii.
Zasada swobody konkurencji, na której opiera się funkcjonowanie jednolitego rynku Unii Europejskiej, rzeczywiście dotyczy tylko podmiotów gospodarczych, a nie ma zastosowania do krajów członkowskich i regionów (pyt. 15). Unia stworzyła mechanizmy, które mają łagodzić dysproporcje w poziomie rozwoju między krajami i regionami. Już w traktatach rzymskich ustalono, że należy zapobiegać negatywnym skutkom integracji w sferze społecznej i rolnictwie. Po pierwszym rozszerzeniu UE w roku 1973 o Danię, Irlandię i Wielką Brytanię podjęła politykę regionalną, powołując m.in. Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego. Po przyjęciu do Unii Hiszpanii i Portugalii (a wcześniej Grecji) powołano także Fundusz Spójności (dokładnie w roku 1993), aby pomóc tym krajom w nadrabianiu opóźnienia w rozwoju ekonomicznym i społecznym wobec bardziej rozwiniętych krajów członkowskich. Pieniądze z Funduszu Spójności przeznaczone są na inwestycje chroniące środowisko naturalne i infrastrukturę transportową.
W unijnym budżecie na lata 1994-1999 na pomoc dla regionów i krajów członkowskich przeznaczono 208 mld euro (ok. 35% budżetu UE), a w budżecie na lata 2000-2006 - 213 mld euro. O pomoc mogą się ubiegać przede wszystkim te regiony w krajach UE, gdzie PKB na mieszkańca jest niższy niż 75% średniego poziomu tego wskaźnika dla całej Unii. Natomiast z Funduszu Spójności mogą korzystać te kraje, w których PKB na mieszkańca nie przekracza 90% średniej unijnej (obecnie są to Grecja, Hiszpania, Irlandia i Portugalia). Pomoc dla regionów i krajów UE słabiej rozwiniętych jest niczym innym jak wyrazem solidarności będącej częścią fundamentu, na którym opiera się integracja europejska.
Mam nadzieję, że tym razem wszystkie moje wyjaśnienia i odpowiedzi usatysfakcjonują pana posła.
Z wyrazami szacunku
Podsekretarz stanu
Sławomir Wiatr
Warszawa, dnia 11 lipca 2002 r.
- Odpowiedź na interpelację w sprawie sytuacji podwarszawskiej giełdy kwiatowej - Warszawskiego Rolno-Spożywczego Rynku Hurtowego SA
- Interpelacja w sprawie świadczenia usług medycznych cudzoziemcom przebywającym na terytorium Polski
- Interpelacja w sprawie koncepcji normatywnej regulacji stosunków pomiędzy państwem a działającymi w Polsce kościołami i związkami wyznaniowymi
- Interpelacja w sprawie stanu zdrowia dzieci z biednych rodzin
- Interpelacja w sprawie propozycji objęcia targów i wystaw przepisami ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych